Menu główne

B klasa to taka nasza kochana Bundesliga

Przedwojenny piłkarz Bill Shankly powiedział kiedyś, że drużyna piłkarska jest jak fortepian. Potrzebujesz ośmiu, żeby go nieśli i trzech, którzy umieją na tym ustrojstwie grać. W rozmowie z nami Marcin Zabiegała, który jako kapitan Masovii Kraszewice bez ogródek zalicza się do tego drugiego grona, a świadczyć może o tym choćby osiem bramek strzelonych przeciwko Dąb Dębnicy w spotkaniu 11 kolejki.

Prześledźmy Twoją karierę od czasów dziecka ganiającego za piłką po podwórku do dnia dzisiejszego.
– Zacznijmy od tego, że „kariera” to raczej nie jest odpowiednie słowo. Swoją zabawę z futbolem zacząłem od najmłodszych lat kopiąc piłkę wraz z tatą pod domem, później w czasach szkolnych całe dnie spędzaliśmy z kolegami na graniu gdzie tylko się dało. Natomiast do klubu LKS Masovia Kraszewice dołączyłem w III klasie szkoły podstawowej i reprezentuję barwy naszej drużyny po dzień dzisiejszy. Po szybkich obliczeniach wychodzi, że to już mój 16 sezon w Masovii.
Od kiedy nosisz opaskę kapitańską? Czy nie jest poniekąd tak, że masz nieco władzę nad resztą chłopaków i istny charakter przywódcy, skoro dyrygujesz ekipą z perspektywy placu gry?
– Oj… Opaskę kapitańską mam przyjemność zakładać już ładnych parę lat (6-7). Jeżeli mnie pamięć nie myli, kapitanem drużyny zostałem w momencie, gdy trenerem był pan Maciej Elegańczyk. To on po konsultacji z chłopakami wybrał mnie na tę funkcję. Jeżeli chodzi o charakter przywódcy, to pytanie skierowałbym do moich kolegów z drużyny. Tylko oni wiedzą czy moje słowa przed, w trakcie i po meczu do nich przemawiają, czy nie.
Czy masz jakąś ksywę?
– Chłopaki z Masovii, ale także moi znajomi najczęściej mówią do mnie „Gajowy”. Tę ksywkę dostałem dzięki mojej mamie, która kupiła mi kiedyś zieloną kurtkę. Od momentu pojawienia się w niej na stadionie zostałem właśnie owym „Gajowym”.
Jaka jest Twoja osobista opinia o prezesie Stanisławie Bąkowskim? Gdzieś tam często się słyszy, że Masovia to on i bez tej postaci klubu by nie było.
– No i ja w pełni podpisuję się pod krążącą opinią na temat naszego prezesa. Pan Stasiu to aktualnie żywa legenda. Zajmuje się nie tylko sprawami reprezentacyjnymi czy papierkowymi, ale także dba o stan boiska, o nasze stroje, sprawy związane z porządkiem w szatniach i wiele innych. Rok lub dwa lata temu był także naszym trenerem. W trakcie trwania sezonu często można go spotkać na stadionie koszącego trawę czy podlewającego murawę. Oczywiście my zawodnicy staramy się mu pomagać, ale prawda jest taka, że to on wykonuje większość pracy. Jeżeli ktoś pyta mnie o prezesa to ja odpowiadam: „Pan Stasiu? Wspaniały człowiek i super gość. I nie ma dyskusji”.
Wyobraź sobie sytuację, że prezes przychodzi do Ciebie i mówi: „Słuchaj Marcin, z roku na rok jestem coraz starszy, a w Tobie z czasem widzę mojego następcę i wiem, że będziesz kontynuował to dzieło’’. Podjąłbyś się wyzwania?
– Niestety nie podjąłbym się tego wyzwania. Po pierwsze dlatego, że nie wyobrażam sobie, aby w najbliższym czasie pan Stasiu przestał pełnić funkcję prezesa. Po drugie wiem, że nie miałbym tyle czasu i samozaparcia, żeby móc sprawować tak odpowiedzialne stanowisko.
Jak Ci się układa współpraca z trenerem Jarosławem Pudełko? Jakim jest człowiekiem na treningach, a jakim prywatnie?
– Trener od samego początku jest bardzo zaangażowany. Stara się, aby każdy trening był urozmaicony. Jest stosunkowo wymagający, ale znajduje także czas na żarty. Na meczach zawsze słyszymy go z boiska. Prowadzenie naszej drużyny traktuje poważnie, na tyle, że czasami zapomina o tym, że gramy tylko w najniższej z możliwych klas rozgrywkowych, czyli w naszej kochanej Bundeslidze.
Jaka będzie ta wiosna dla Masovii? Widzisz realnie perspektywę awansu klasę rozgrywkową wyżej?
– Po kilku bardzo kiepskich latach dla naszego zespołu, w końcu coś się ruszyło. Nareszcie nie mamy problemów, żeby zebrać „jedenastkę” na mecz. W drużynie panuje fajna atmosfera, aż chce się wybrać w piątek wieczorem na trening czy niedzielny mecz. A czy widzę szansę na awans? Trudno powiedzieć. Wiadomo, na pewno miło byłoby spróbować swoich sił w wyższej lidze, ale bardziej cieszy mnie możliwość kontynuowania już ponad 90-letniej tradycji gry w piłkę w Kraszewicach, możliwość pogrania z chłopakami na treningu czy meczu, a później posiedzenia z nimi na stadionowych ławeczkach i rozmowy o błahych sprawach czy żartach. Bo czyż nie o to chodzi w takich małych klubach?
Wiadomo, że na każdym poziomie niemałą rolę odgrywa budżet. Gdyby akurat do Ciebie zwrócił się potencjalny sponsor z możliwością spełnienia jednej pracy remontowej na terenie obiektu, to co by to było?
– Tak na szybko to myślę, że fajnie byłoby zobaczyć wyremontowaną płytę boiska i zainstalowane nawadnianie trawy.
A teraz puśćmy nieco wodze fantazji. Wyobraź sobie, że nie bacząc na cenę możesz ściągnąć do Masovii dwóch zawodników biegających po boiskach południowej wielkopolski na poziomie od IV do B klasy? Kto by to był?
– Na pewno chciałbym pograć w jednym zespole z moim przyjacielem Michałem Grześkiem pochodzącym z Czajkowa, a grającym aktualnie w Gołuchowie. Znam się z nim od dzieciaka, a ze względu, że mieszkał on w Czajkowie to zawsze na zawodach międzyszkolnych przychodziło nam rywalizować ze sobą. Zamiast drugiego zawodnika wolałbym, aby do drużyny seniorskiej dołączyło jak najwięcej chłopaków z drużyn młodzieżowych. W naszej gminie mamy kilka drużyn juniorskich, które osiągają niemałe sukcesy w lidze czy na turniejach halowych. I bardzo bym chciał, żeby jak największej liczbie tych chłopców zamiłowanie do gry w piłkę przetrwało jak najdłużej, żeby za parę lat kolejne pokolenie mogło kontynuować tradycję Masovii i w należyty sposób reprezentować naszą gminę w rozgrywkach sportowych.
Przychodzą do Ciebie włodarze Olimpii Brzeziny, Pelikana Grabów czy z Czajkowa z kontraktem i perspektywą budowania kadry na klasę międzyokręgową. Co robisz z tym fantem?
– Jeżeli byłaby to propozycja podawania piłek na treningach to odmówię, bo już trochę za stary na to jestem (śmiech). Wiem, że moje umiejętności nie pozwoliłyby na grę na takim poziomie.
Zdradź rąbka tajemnicy i przedstaw nam po jednej sytuacji z życia klubu, która po pierwsze może rozbawić do łez, a po drugie zmrozić krew w żyłach.
– Różne bywały sytuacje na meczach. Niekiedy bywało tak, że na mecz dojeżdżaliśmy 15 minut spóźnieni, arbiter chciał już odgwizdywać walkowera, ale w ostatnim momencie na horyzoncie pojawił się nasz autobus. Pamiętam, że ten mecz udało się nam nawet wygrać. Bywały też sytuacje, że to nasi zawodnicy zabawiali się w sędziów i w trakcie spotkania pokazywali im czerwony kartonik, mimo że to chwilę wcześniej oni zostali oddelegowani do szatni.
Skoro mówimy o sędziach to jak ci się z nimi żyje? Czy jest czasem tak, że za niektóre niesłusznie przez nich podjęte decyzje chce się wylać w stosunku do nich to, co tylko ślina na język przyniesie?
– Sędzia w niższych ligach nie ma łatwego życia. Tym bardziej, jeżeli gwiżdże się mecze, w których nie ma wirtuozów piłkarskich (bo takich można oglądać w TV a nie niższych polskich ligach). Na tym poziomie sędziowie niejednokrotnie słyszą wiele niecenzuralnych słów. Ale to chyba przez to, że ten sport wzbudza emocje zarówno u zawodników, jak i kibiców.
Z początkiem grudnia na profilu klubu ukazało się zdjęcie zdewastowanego rocznicowego muralu Masovii. Myślisz, że to niecenzuralne słowo na herbie to akt nienawiści któregoś z ościennych klubów, czy żądza zemsty za porażkę ligową?
– No cóż. Komuś przeszkadzał ten mural i postanowił go troszeczkę zmodernizować. Takie sytuacje się zdarzają. To już drugi akt wandalizmu na naszym stadionie, który miał miejsce w zeszłym roku. Wcześniej został pocięty baner reklamujący drużyny młodzieżowe w naszej gminie. Być może dokonała tego jedna i ta sama osoba. Szkoda jedynie pracy i czasu poświęconego przez panią, która malowała ten mural. Sebastian Gołdyn






Zostaw odpowiedź

Your email address will not be published. Required fields are marked as *

Pin It on Pinterest