Menu główne

GRABÓW: Kocham grać o coś

Gdy staje między słupkami to potrafi wyciągnąć grabowskiego Pelikana z każdej opresji, nie ma dla niego puszczonych piłek. W rozmowie z nami Andrey Brychko.

Jakie były okoliczności Twojej przeprowadzki z Ukrainy do Polski i angażu w klubie z Grabowa?

– Do Polski przyjechałem w lipcu 2016 roku. Wcześniej mieszkałem w Charkowie. Skończyłem już grać w profesjonalną piłkę i zdążyłem założyć firmę BRAVE GK, produkującą sprzęt dla bramkarzy. Gdy zdecydowałem się wyjechać z Ukrainy, moja marka była już znana na tamtejszym rynku, a także w Rosji i Kazachstanie. Niestety ukraińskiej firmie ciężko jest zdobywać rynek europejski, dlatego głównym celem wyjazdu było założenie firmy tutaj, mogącej rozwijać się na terenie Unii Europejskiej. Nie chciałem jednak na dobre rozstawać się z czynnym uprawianiem sportu, dlatego gdy tylko trafiłem do Kalisza, zacząłem trenować z zespołem Ostrovii. Zagrałem z nimi kilka sparingów, ale niestety okazało się, że nie tak łatwo jest zgłosić mnie w Polsce jako zawodnika. Udało się to dopiero w lutym, ale wtedy musiałem na kilka tygodni wrócić na Ukrainę, bo kończyła się ważność mojego paszportu. Gdy przyjechałem z powrotem, runda trwała już w najlepsze, w pierwszym składzie udało mi się zagrać tylko jeden mecz. Sporo czasu poświęcałem jednak na codzienne treningi. Wtedy zdecydowałem, że potrzebuję klubu nie tak wymagającego. Jestem już w takim wieku, że nie oczekuję powołania do reprezentacji, dlatego postanowiłem skupić się głównie na rozwijaniu firmy, a piłkę potraktować jako hobby. Zwierzyłem się z tego kapitanowi Ostrovii Łukaszowi Wiąckowi, a on skontaktował mnie z trenerem Tomkiem Frontczakiem, z którym od razu złapaliśmy wspólny język. Tak trafiłem do Pelikana.

Jak ocenisz prezesa klubu Pawła Walczaka? Czy kiedy trzeba było, wyciągnął do Ciebie pomocną dłoń?

– Paweł jest naprawdę niesamowitym człowiekiem, niezwykle zaangażowanym. Widać, że to, co robi to jego prawdziwa pasja, on tym żyje. Robi dla klubu naprawdę kawał dobrej roboty, jest świetnym organizatorem, stara się zapewniać nam jak najlepszy sprzęt, modernizować boisko, dba o atmosferę w zespole. Wspiera nas podczas każdego meczu. Oczywiście pomógł mi zaaklimatyzować się w drużynie. Wiem, że gdy mam jakiś problem, mogę się do niego zwrócić, a on zawsze zrobi co w jego mocy, żeby mi pomóc. Myślę, że gdyby połączyć zapał i zaangażowanie Pawła z chęcią do walki wśród zawodników ukraińskich klubów na podobnym szczeblu, jego ukraiński zespół już grałby w pierwszej lidze.

Jak wyglądało przywitanie i czy musiałeś postawić wkupne?

– Gdy trafiłem do Pelikana, w zespole akurat była mała reorganizacja, wielu zawodników się zmieniało. Chyba dlatego obyło się bez wkupnego. Zostałem pozytywnie przyjęty przez całą drużynę.

Z kim w klubie najlepiej się dogadujesz, kto ma najtrudniejszy charakter, a z kim można boki zrywać?

– Najlepiej dogadujemy się chyba z Marcinem Chwiłkowskim i Marcinem Walendzikiem, być może wynika to z faktu, że często jeździmy razem na treningi i mamy po prostu najwięcej czasu na pogaduchy, a może dlatego, że wszyscy gramy w obronie. Nasz popisowy żart po meczu to zadanie pytania Sebastianowi Piechockiemu, ile bramek strzelił, a po chwili, ile mógł strzelić. Dobry kontakt mam też z Rafałem Janickim, to zawodnik uniwersalny, w jednym meczu potrafi zdobyć gola, a w kolejnym, w razie mojej nieobecności z powodzeniem stanąć w bramce. Lubię jego zaangażowane podejście do gry. Brakuje mi ostatnio Igora Janickiego, który ze względu na poważną kontuzję kolana chyba nie wróci już do zespołu. A boki zrywamy najczęściej dzięki trenerowi Tomkowi, kiedy niezwykle emocjonalnie, ale też humorystycznie analizuje nasze mecze i zachowania na boisku. Od razu można się zorientować, że wcześniej był bramkarzem. Fajna jest też taka typowa rywalizacja pomiędzy mną jako bramkarzem, a zawodnikami z pola. Nie każdy jest w stanie to zrozumieć, ale ostatnio do naszego zespołu dołączył Maciej Sawicki, który zdaje się świetnie orientować w boiskowych żarcikach, więc w najbliższej rundzie może być pod tym względem ciekawie.

Grałeś na Ukrainie w wielu klubach I i II ligowych. Czym różni się podejście do futbolu na Ukrainie od tego z Polski?

– Nigdy nie grałem w I ani II lidze w Polsce, więc ciężko mi porównać. Ale różnicą, którą zauważam na pierwszy rzut oka, to to, że Ukraińcy grając w piłkę są dużo bardziej w to zaangażowani. I to dotyczy każdego poziomu ligowego. Są też różnice w sposobie gry. W Ukrainie zdecydowanie większą wagę przykłada się do techniki i kontroli nad piłką. To właśnie te czynniki zazwyczaj decydują o wyniku meczu. W Polsce z kolei drużyny bardziej skupiają się na walce, dlatego mecze są bardziej nieprzewidywalne i stąd dużo częściej mamy do czynienia z sensacyjnymi zwycięzcami lub przegranymi. To, co w polskiej piłce zaskoczyło mnie pozytywnie to fakt, że zawodnik po udanym sezonie w III czy IV lidze może na następną rundę trafić do zespołu pierwszoligowego, a taki z II ligi nawet do ekstraklasy. To coś, co na Ukrainie się nie zdarza, tam każdy etap trzeba przejść po kolei.

A jak to się ma do warunków. Czy na Ukrainie infrastruktura boiskowa w I i II lidze wygląda podobnie do tej, którą dysponuje choćby Ostrzeszów czy Kalisz?

– Co do infrastruktury, to w Polsce jest ona zdecydowanie na lepszym poziomie. Jakość boisk jest dużo wyższa. Tutaj nie tylko miasta, ale także malutkie miejscowości mają stadiony czy boiska na przyzwoitym poziomie. Kluby ligowe na poziomie III czy IV ligi mają do dyspozycji bardzo dobre obiekty i w ogóle warunki porównywalne do tych, jakimi dysponują profesjonalne zespoły. W Ukrainie to nadal tylko marzenie. Weźmy przykład Grabowa, który ma takie boisko dla A klasy, że w Ukrainie grając w II lidze, czasami mieliśmy gorsze. Tutaj jest też większe zainteresowanie piłką wśród społeczeństwa. Nie mówię o piłce w telewizji, ale właśnie takiej na poziomie III – IV ligi. Na polskie mecze na tym szczeblu przychodzi zdecydowanie więcej kibiców. Biorąc pod uwagę całokształt – stadiony, sprzęt, transport – porównywalnie jest tutaj i na wschodzie tylko jeśli chodzi o piłkę profesjonalną. Duża różnica jest właśnie w piłce amatorskiej. Tutaj każdy amatorski zespół ma warunki do rozwoju zawodników i każdy z nich ma szansę pójść wyżej. W Ukrainie jeśli nie trafisz do zawodowego zespołu od razu po szkole, mając 17–18 lat, to praktycznie szanse na to, że spotka cię to później są bliskie zeru. Być może właśnie dlatego Ukraińcy są dużo bardziej zaangażowani w grę. Wychodzą na boisko i zostawiają tam serce i całych siebie. Tutaj warunki są dużo lepsze, ale zawodnicy nie potrafią tego docenić. To mnie często wkurza w Polakach.

Grając w polskiej pierwszej czy drugiej lidze można skupić się wyłącznie na futbolu, nie podejmując innej pracy. Czy grając na Ukrainie na tym poziomie rozgrywkowym da się godnie żyć?

– Tak, zdecydowanie sytuacja jest zbliżona do tej w Polsce. Dużo lepiej wyglądało to jeszcze kilka lat temu, przez konfliktem z Rosją, ale dziś w dalszym ciągu grając w I czy II lidze zawodnicy nie muszą podejmować innej pracy, żeby żyć na przyzwoitym poziomie.

Wiemy już, że prowadzisz własną firmę. Opowiedz nam trochę o niej. W jakich znanych klubach i jacy kojarzeni piłkarze z niej korzystają?

– Zanim założyłem własną firmę byłem dystrybutorem kilku znanych na całym świecie marek bramkarskich, ale cały czas nie mogłem znaleźć idealnych rękawic. Takich, gdzie jakość będzie odpowiednia do ceny, które będą odporne na zużycie lateksu. Wtedy zająłem się badaniem technologii produkcji rękawic. Po wielu godzinach pracy, podróży niemalże dookoła świata i konsultacjach z wiodącymi specjalistami narodził się mój własny projekt BRAVE GK. Początkowo, jeszcze na Ukrainie była to firma skupiona wyłącznie na bramkarzach. Po dziewięciu miesiącach obecności na rynku, rękawice zadebiutowały w Lidze Mistrzów i Lidze Europy, dzięki grającemu w nich Maxymowi Kovalowi, zawodnikowi Dynama Kijów. Niewiele później pojawiły się wraz z Andrijem Luninem w ukraińskiej reprezentacji i po raz kolejny w meczach Ligi Mistrzów, dzięki którym sam Lunin trafił później do Realu Madryt. Polscy kibicie na pewno kojarzą tego zawodnika z rewelacyjnych występów podczas tegorocznych Mistrzostw Świata U20 organizowanych w Polsce, zwycięskich dla Ukrainy, podczas których Andrii został wybrany najlepszym bramkarzem turnieju. Jeśli chodzi o zawodników grających w rękawicach BRAVE, oprócz wymienionego wyżej Maxyma Kovala i Andrija Lunina, to piłkarze, których kojarzyć można z występów w Lidze Europy i w reprezentacjach swoich krajów: Luis Felipe z Zoria Lugańsk, Bogdan Shust i Alekander Tkaczenko z Worskla Połtawa, Rustam Khudżamov z Mariupola, Ignatij Niestierov – najlepszy bramkarz pucharu Azji, Tomas Svedkauskas z reprezentacji Litwy, Sanżar Kuvvatov z reprezentacji Uzbetistanu czy Dmitrij Niepogodov z reprezentacji Kazachstanu i wielu innych. Firma cały czas się rozwija, obecnie utrzymuję kontakt z około 200 zawodowymi bramkarzami z Ukrainy, Rosji, Kazachstanu, Uzbekistanu, Litwy, Białorusi, Polski, Austrii, Francji i innych krajów. To daje wiele satysfakcji, ale też wymaga mnóstwa czasu i zaangażowania. W tej chwili jestem w trakcie rebrendingu, marka będzie nosić nazwę BRAVRY. Od tego roku oprócz produkcji rękawic bramkarskich, zajmuję się także produkcją termicznej bielizny, strojów sportowych, plecaków i odzieży w stylu life style.

Jesteś wychowankiem akademii Dnipro Dniepropietrowsk. Pamiętasz tam swój pierwszy dzień, pierwszy mecz?

Hm… w sumie bardziej zapadł mi w pamięci dzień testów. Tego dnia do akademii przyjechali wszyscy zaproszeni do udziału w naborze piłkarze, w tym blisko trzydziestu bramkarzy, a miejsca były tylko dwa. Nie sądziłem, że uda mi się zdobyć jedno z nich, choć bardzo o tym marzyłem. Wówczas w całej Ukrainie były tylko cztery tego typu akademie. Cały dzień był zorganizowany w ten sposób, że graliśmy takie mini mecze, podczas których eliminowani byli poszczególni zawodnicy, a lepsi przechodzili dalej i grali kolejny mecz. Pod koniec dnia bramkarzy zostało tylko trzech. W trójkę pojechaliśmy na obóz przygotowawczy, podczas którego miało się rozstrzygnąć, którzy z nas zostaną, a kto będzie musiał wrócić do domu. Ostatniego dnia dowiedziałem się, że zostałem wybrany. Chyba tego dnia nie było na świecie szczęśliwszego piłkarza ode mnie.

Niestety od tego sezonu Dnipro straciło status klubu profesjonalnego i zniknęło z piłkarskiego świata, a w 2015 grał z Sevillą w finale Ligi Europy. Zakręciła Ci się łezka w oku jak się dowiedziałeś? Myślisz, że to przez konflikt wojenny?

– Dnipro to bardzo znany klub z tradycjami, zdobywca pucharu Związku Radzieckiego. Swego czasu grał w 1/16 finału starej Ligii Mistrzów. Oczywiście głównym powodem jego zniknięcia był konflikt wojenny, o którym wspomniałeś. To z tego powodu prezes klubu został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska, a tym samym Dnipro stracił głównego sponsora. W bardzo krótkim czasie po jego odejściu stało się jasne, że klub sobie nie poradzi. W tym samym czasie jednak w mieście powstał nowy klub Dnipro-1, który zaczął rozgrywki w II lidze, po roku awansował do I ligi, a aktualnie jest już w ukraińskiej Premier Lidze. Jeśli chodzi o łezkę w oku to kręciła się ona wiele razy, ale nie z powodu piłki, a z racji samego ukraińsko-rosyjskiego konfliktu. To był straszny czas dla wszystkich. W tej wojnie zginęło mnóstwo ludzi, m.in. jeden z moich przyjaciół piłkarzy, z którym dzieliłem pokój, gdy grałem w tamtejszej II lidze.

Kiedyś na Ukrainie z sukcesami grali polscy piłkarze. Kapitanem Szachtara Donieck był Mariusz Lewandowski, w Metaliście Charków grał Seweryn Gancarczyk, w Kijowie Kowalczyk. Jak myślisz, dlaczego teraz ten kierunek nie jest już tak pożądany przez polskich graczy?

– Pamiętam też Macieja Nalepę z Karpat Lwów i Wojciecha Kowalewskiego z Szachtaru Donieck. Myślę, że teraz polskich piłkarzy jest w Ukrainie mniej, bo zmieniły się warunki. Przed konfliktem wojennym wyższy był poziom piłki, ale też poziom zarobków piłkarzy. Teraz, żeby polskim piłkarzom opłacało się grać w ukraińskim klubie to musiałby być klub na naprawdę najwyższym poziomie jak Szachtar Donieck albo Dynamo Kijów, w tym ostatnim zresztą jako obrońca gra reprezentant Polski, Tomasz Kędziora.

Czy jako Ukraińca denerwuje Cię często używane stwierdzenie “polski Lwów”?

– Polski Lwów? Jeśli popytać by o to na Ukrainie to szybko znalazłoby się człowieka, który powiedziałby „ukraiński Chełm” albo „ukraiński Lublin”, podobnie jak Białorusin może powiedzieć „białoruski Białystok”. Tak samo jak łatwo można spotkać Niemca twierdzącego, że Wrocław jest niemiecki. W historii kraje miały różne granice, ale my żyjemy dzisiaj, granice państw zostały ustalone w ten, a nie inny sposób i nie ma co się nad tym rozwodzić.

Często wracasz w rodzinne strony? Zakładasz kiedyś powrót na stałe?

– Mam na Ukrainie rodziców, córkę i firmę, więc siłą rzeczy muszę tam wracać. Zdarzyło się, że z powodu kłopotów z kartą pobytu spędziłem w Polsce siedem miesięcy bez przerwy, ale mam nadzieję, że to już się nie powtórzy, choć dobrze mi tutaj, ludzie tu mają podobną mentalność do ukraińskiej. Będąc w Polsce tęsknię za językiem, ukraińską kuchnią i przyrodą, za takim ukraińskim chaosem, gdzie życie nie jest takie poukładane jak u Was, Polaków. No i oczywiście za córką i rodzicami, więc staram się spędzać tam przynajmniej kilkanaście dni średnio co dwa miesiące. Ale będąc tam też mam za kim tęsknić, bo wtedy w Polsce zostaje zazwyczaj moja dziewczyna, Klaudia, która jest stąd. Nie mogę teraz jednoznacznie stwierdzić, gdzie w przyszłości zamieszkamy, czas pokaże, na razie w tej kwestii trwają negocjacje.

Będąc tutaj sprawdzałeś się również jako trener bramkarzy. Czy jest to pasja, której poświęcisz więcej czasu, gdy powiesisz rękawice na kołku?

– Tak, miałem przyjemność trenować bramkarzy trzecioligowej Jaroty Jarocin oraz czwartoligowych Ostrovii, Odolanovii i Centry. Miałem okazję też współpracować z trenerem kadry polskiej U16 Radosławem Hołubcem, który pokazał mi kilka tajników tej pracy. Corocznie biorę też udział w warsztatach organizowanych przez Miłosza Gładosza, na które przyjeżdżają trenerzy bramkarzy z całej Europy, jak chociażby Liverpoolu, Arsenalu, Ajaxu czy Benfiki. To są takie doświadczenia, którymi nie tylko chcesz, ale wręcz musisz podzielić się z innymi, młodszymi bramkarzami. Nie wykluczam, że kiedy skończę już grać, a moja firma będzie na takim poziomie, że nie będę musiał poświęcać jej tyle czasu co teraz, zajmę się trenowaniem na poważnie.

Czy w przerwie posezonowej miałeś chwilę na urlop, na wakacje?

– Po zakończeniu sezonu dwa tygodnie spędziłem na Ukrainie, później kilka fantastycznych dni w Sopocie. Tam też przypadły moje urodziny, na które dostałem od dziewczyny wspólny skok na bungee, o którym od dawna marzyłem. Jak więc widać dawkę adrenaliny mam zapewnioną także poza sezonem piłkarskim. A ponieważ jak zawsze nad polskim morzem pogoda była piękna, a sam Bałtyk cieplutki to prawdziwe wakacje, z palmami, palącym słońcem i turkusowym oceanem dopiero przede mną.

Przed Tobą nowy sezon, jako beniaminek zagracie w klasie okręgowej, jakie cele zakładasz na rundę jesienną i całą kampanię 2019/20?

– Decydowanie o celach zespołu na nowy sezon nie leży w mojej gestii. To strefa prezesa Pawła Walczaka i trenera Tomasza Frontczaka i niech tak zostanie.

Swoimi umiejętnościami nadal potwierdzasz, że śmiało poradziłbyś sobie w wyższych klasach rozgrywkowych. Czy gdyby przyszła oferta zmiany klubu to rozważyłbyś ją?

– Powiem szczerze, że przez te dwa lata w Pelikanie tych ofert od zespołów z ligi okręgowej, IV, a nawet III nie brakowało. Są one też teraz. Każdą z nich rozważam, a są to naprawdę trudne wybory. W Pelikanie trzyma mnie wiara w zespół i zaangażowanie, jakie reprezentuje sobą prezes Paweł Walczak, a także postawa trenera Tomka, który potrafi wygrywać naprawdę trudne mecze. Tak naprawdę chodzi o to, żeby grać o coś. Przed poprzednim sezonem poważnie zastanawiałem się czy nie zmienić Pelikana na inny klub, ale postawiliśmy sobie cel, jakim był awans i konsekwentnie do niego dążyliśmy. To jest to, za co kocham piłkę. Jeśli w tym roku po rozmowach i transferach postanowimy, że w kolejnym sezonie też powalczymy o coś, a nie po prostu o utrzymanie, to z przyjemnością pozostanę z barwami Pelikana.

Sebastian Gołdyn






Zostaw odpowiedź

Your email address will not be published. Required fields are marked as *