Kraszewice: Uciekli przed wojną

W niedzielę 27 lutego wieczorem do Kraszewic dotarli pierwsi uchodźcy z Kijowa, którzy znaleźli gościnę w domu Henryki Wróblewskiej. – Kiedy zadzwoniła do mnie mieszkająca w Kijowie kuzynka, ani chwili się nie zastanawiałam. Powiedziałam: przyjeżdżajcie – wyznaje.

Henryka Wróblewska (czwarta z prawej) i Kacper Kownacki (czwarty z lewej) w otoczeniu rodziny, która przyjechała do nich z Kijowa.

Jej syn Andrzej dał busa z pełnym bakiem, za kierownicą siadł zięć Dariusz Kownacki, razem z nim w podróż na przejście w Zosinie pojechał jego 20-letni syn Kacper. Ich droga tam i z powrotem trwała 29 godzin.
W niedzielę wieczorem zmęczeni, ale szczęśliwi wrócili do Kraszewic, wraz z nimi: 72-letnia Galina Berezowczuk (z wykształcenia geolog), jej 42-letnia córka Anna (skończyła Uniwersytet Ekonomiczny) z 17-letnim synem Żenią, 32-letnia synowa Katia (studia ekonomiczne i prawnicze) i jej dzieci: roczny Jarosław i 3-letni Oleg. 18-letni Anatolij (syn pani Anny) i jej mąż, jak też mąż pani Kati musieli zostać w Ukrainie.

WOJENNE DROGI

Aby dotrzeć do ukraińsko-polskiej granicy, większość z nich 10-kilometrową trasę musiała przejść pieszo, z bagażem, tylko matki z małymi dziećmi mogły liczyć na zorganizowany przez wolontariuszy transport, chociaż w autobusie musieli siedzieć na podłodze. Na drodze był tłok, ich podróż trwała 12 godzin, w tym czasie pan Dariusz i Kacper czekali na nich cierpliwie na granicy. W końcu się spotkali, tak jak się wcześniej umówili – przed sklepem spożywczym. Znakiem rozpoznawczym była maskotka, którą Kacper miał ze sobą. – Kiedy jechaliśmy, trzymałem tego pluszaka nad maską – mówi Kacper. – Zauważyli, widziałem, jak się na tę maskotkę patrzą. O, to muszą być oni – pomyślałem. Byli. I były łzy.

Kacper Kownacki

JESTEŚMY WDZIĘCZNI

– Jesteśmy wdzięczni Polakom za wszystko, co dla nas robią, za ich serce, które nam okazują. Wszystkim, całej Europie, Stanom Zjednoczonym… – powtarza pani Galina. Wzruszenie chwilami łamie jej głos, płacze. – I naszym ukraińskim żołnierzom – dodaje Anna. – Nasi chłopcy bohatersko bronią Ukrainy, ale bez wsparcia z zewnątrz byłoby to bardzo trudne – podkreśla 72-latka. Mówi, że Ukraina pragnie należeć do Unii Europejskiej, być w NATO. Że chcą godnie żyć, że Europa nie może się ich wyprzeć. Żenia, który bez problemu posługuje się językiem angielskim śledzi w tym czasie w telefonie doniesienia z Ukrainy, co rusz informując, co się w Ukrainie i wokół niej dzieje.

– Amerykanie ostrzegali nas wcześniej, że Rosja zaatakuje Ukrainę, ale nikt do końca w to nie wierzył. Dopiero kiedy zaczęli rozdawać ludziom amunicję i broń, zrozumieliśmy, że czeka nas wojna… – mówi pani Eugenia.
– Zaczęło się 24 lutego o godz. 4 nad ranem – wspomina Anna. Zawyły syreny, rozświeciło się niebo nad Kijowem. Jedna z rakiet uderzyła niedaleko nich, zniszczyła kilka pięter w bloku. – 38 osób zostało rannych – wyznaje.

NAJWAŻNIEJSZE, ŻE SĄ JUŻ BEZPIECZNI

– Gruzini odmówili tankowania rosyjskiego statku – cieszy się z kolejnej wiadomości, jaka pojawiła się w internecie Żenia. Pani Katia przygotowuje już dzieci do spania. – Jakoś się pomieścimy – nie ma wątpliwości pani Henryka. – Najważniejsze, że są już bezpieczni.
Kiedy rozmawiamy, w mediach pojawia się wiadomość, że z terenu Białorusi w kierunku Ukrainy wystrzelone zostały rakiety Iskander. – Jesteśmy na granicy katastrofy humanitarnej – alarmuje mer miasta Witalij Kliczko (…) Będzie to ciężka noc. Wróg dostaje szału.
W Kijowie raz po raz ogłaszany jest alarm przeciwlotniczy. Rosja zapowiedziała wielki szturm na Ukrainę. W środku nocy w znów słychać było wybuchy.
JUR



Zostaw odpowiedź

Your email address will not be published. Required fields are marked as *

Pin It on Pinterest