Menu główne

Nie wstydźmy się zacząć biegać

Czeski długodystansowiec Emil Zatopek powiedział kiedyś “My biegacze jesteśmy w istocie różni od reszty ludzi. Jeśli chcesz coś wygrać, pobiegnij 100 metrów. Jeśli chcesz czegoś doświadczyć, pobiegnij maraton”. W rozmowie z nami Jarosław Zawierta, sportowiec amator znający trudy królewskiego dystansu, a także pomysłodawca połączenia w siłę grupy biegowej Aktywny Ostrzeszów.

Praca, obowiązki, żona Angelika, syn Franek. Jak w tym całym ognisku rodzinnym znaleźć czas na bieganie, na przygotowywanie się do zawodów?
– Wydaje mi się, że w organizacji naszej rodziny. Choć nie uważam się za człowieka zorganizowanego, raczej częściej działam spontanicznie, to jednak staramy się układać w domu nasze zajęcia tak, by każdy z nas znalazł chwilę dla siebie. Nie jest to łatwe, są obowiązki domowe i każde z nas uprawia sport. Ja biegam, zdarza się jeszcze grać w piłkę nożną. Żona Angelika również biega, trenuje crossfit oraz kettlebell, w którym to już odnosi sukcesy, jest srebrną medalistką Mistrzostw Polski Pięcioboju Kettlebell, więc na trening poświęca sporo czasu. Syn Franek uczęszcza do lokalnej Akademii Piłkarskiej Czech. Działamy więc na różnych polach. Póki co nam się udaje i mam nadzieją, że tak zostanie.
Jak wyglądały początki zaprzyjaźnienia się z tym sportem? Co było takim bodźcem zapalnym, aby wstać z kanapy i ruszyć na trasy biegowe?
– Zawsze gdzieś byłem związany z typowo amatorskim sportem. Bardzo dużo czasu poświęcałem grze w piłkę nożną, a w szczególności jej halowej odmianie. Brakowało mi jednak ruchu głównie latem, gdzie wielu z kolegów podejmowało prace wakacyjne i nie mogliśmy się spotykać na boisku. Później urodził się mój syn i czasu było coraz mniej. Bieganie jest sportem, w którym każda godzina, pora jest dobra. Jest się bardziej elastycznym, bo wychodzi się na trening wtedy, kiedy ma się fizycznie czas, nawet późnym wieczorem czy o poranku. I tak pod koniec 2014 roku zacząłem regularnie biegać. Na początku krótsze dystanse, potem nieco dłuższe. Powoli zwiększałem ilość pokonanych kilometrów. W 2015 roku wystartowałem w pierwszym biegu ulicznym na dystansie 10 km -był to bieg 10. Profi w Ostrzeszowie, złapałem tego bakcyla, poczułem atmosferę zawodów i tak już do tej pory trwa ta przygoda. W chwili obecnej biegam amatorsko na wielu dystansach.
Masz za sobą starty z powodzeniem na królewskim dystansie 42,195 km, a także w ultramaratonie górskim. Przy tak nadludzkim wysiłku dla przeciętnego obywatela w grę wchodzą inne przygotowania. Jakie?
– Tak. Maratony i biegi górskie to takie moje uzależnienie. Królewski dystans to bieg zupełnie inny, niż wszystkie, jest marzeniem każdego biegacza. Tej euforii na mecie, wzruszenia, radości nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć. Pierwszy jest najpiękniejszy. Później mówimy sobie nigdy więcej, a za chwilę zapisujemy się na kolejne, mimo, iż często powodują wycieńczenie organizmu. Przygotowania do każdego dystansu są zupełnie rożne od siebie, każdy wymaga innego treningu, przede wszystkim ilości kilometrażu i tempa biegu. Przy biegach górskich, które chyba są najpiękniejsze, szczególną rolę odgrywa tutaj dystans i budowa wytrzymałości. Potrzeba na to dużo więcej czasu. Treningi są dłuższe i cięższe. Tutaj zaznaczam, ja nie jestem profesjonalistą. Często działam spontanicznie, nie zawsze dobrze, ale często też korzystam z wiedzy doświadczonych kolegów.
Nie sposób nie zapytać o samopoczucie przed startem w maratonie, w trakcie biegu, po i na drugi dzień.
– Przed takim biegiem jestem pozytywnie nastawiony, choć stres się pojawia szczególnie w ostatnich godzinach przed startem, gdzie już w człowieku buzuje adrenalina i chęć wbiegnięcia na trasę. Mam ogromny respekt do maratonu. Jego się trzeba trochę bać. To nie przelewki. Tam może się wydarzyć wszystko. Można cały bieg dobrze się czuć, biec lekko, a w końcówce doznać tzw. ściany maratońskiej i wtedy ostatnie kilometry zamieniają się w koszmar. Ważna jest odpowiednia taktyka, by starczyło sił na cały dystans. Maraton nie wybacza błędów i braku przygotowania.
Czy podczas treningów lub zawodów miałeś styczność z sytuacjami rozbawiającymi do rozpuku bądź mrożącymi krew w żyłach?
– Co do sytuacji zabawnych, na pewno było ich sporo, bo w końcu bieganie to zabawa i przyjemność. Pamiętam, jak ze zmęczenia na maratonie Warszawskim, na 40 km chciałem się schłodzić wodą i pomyliłem kubki wylewając na głowę dość sporą ilość izotoniku, czy pomylenie trasy na Ślęży i nadrobienie kilku nadprogramowych kilometrów. Co do tych drugich sytuacji, to niestety było ich również kilka, choćby mój „spektakularny” finisz na półmaratonie – Crossie Ostrzeszowskim, po którym zasłabłem i skończyłem w namiocie służb medycznych. W Poznaniu natomiast biegnąc maraton spotkałem się z reanimacją jednego zawodnika na trasie. Byliśmy przerażeni, a jednocześnie dało nam to wiele do myślenia. Na swoje zdrowie trzeba uważać.
Czas zahaczyć o grupę biegową Aktywny Ostrzeszów. Skąd zrodził się pomysł, by zintegrować sportowców z regionu, dać im możliwość startów pod jednym szyldem?
– Ten pomysł wyszedł całkiem naturalnie. W Ostrzeszowie była już wcześniej grupa ludzi biegających pod nazwą Aktywny Ostrzeszów. Pojawiały się kolejne osoby biegające z naszego miasta i często było tak, że jeździliśmy na te same biegi, a się nie znaliśmy. Trenowaliśmy w mniejszych grupkach. W końcu wpadliśmy na pomysł wspólnie z Krzysztofem Machajem, by zainicjować spotkanie integracyjne. Okazało się ono sukcesem środowisko ze spotkania na spotkanie coraz bardziej się integrowało. Zaczęliśmy tworzyć również spotkania biegowe i teraz jesteśmy dość sporą, zgraną grupą biegową.
Gdzie się pojedzie, czy to do Kępna, czy do Torzeńca, czy do takich metropolii jak choćby Poznań i Wrocław, na starcie mienią się koszulki “Aktywnych”. Pomysł z koszulkami to chyba był strzał w dziesiątkę?
– Tak, zdecydowanie. To kolejny projekt po integracji, który staraliśmy się wdrożyć w naszej grupie. Wspólny ubiór tak, aby wyróżniać się z tłumu biegaczy na imprezach sportowych, a jednocześnie duma z regionu z jakiego pochodzimy i możliwość jego reprezentowania. Zwróciliśmy się z prośbą do poprzedniego burmistrza Mariusza Witka o dofinansowanie części kwoty na zakup koszulek. Po dłuższym czasie otrzymaliśmy odpowiedź pozytywną i teraz jesteśmy bardziej rozpoznawalni, wyglądamy profesjonalnie na trasach biegowych. Cieszymy się również, że kolejne osoby dołączają do grupy, a obecny burmistrz Patryk Jędrowiak kontynuuje wsparcie tej akcji, sam jest członkiem naszej grupy.
Kolejnym krokiem była realizacja Nieoficjalnych Mistrzostw Aktywnego Ostrzeszowa, których dwie edycje już za nami. Dla zawodników to kolejna gratka, by stanąć w szranki rywalizacji, ja za to zapytam o całą otoczkę i trudności jakich musiałeś się podjąć jako jeden z organizatorów, by impreza doszła do skutku?
– Nieoficjalne Mistrzostwa Aktywnego Ostrzeszowa to takie nasze dziecko. Wpadliśmy na ten pomysł wspólnie z Krzysiem Machajem, a potem zgłosił się jeszcze do nas Krzysztof Woryma z chęcią pomocy. Choć rywalizowaliśmy na wielu zawodach z resztą grupy, to postanowiliśmy stworzyć bieg koleżeński, otwarty dla wszystkich biegaczy, ale taki, w którym to będziemy mogli wyłonić najlepszych zawodników naszej grupy i nie tylko. Taka zabawa z nutką rywalizacji. Biegowy piknik. Wyznaczyliśmy trasę w leśnictwie Aniołki. Wystąpiliśmy o wszelkie zgody na wydarzenie. Zorganizowaliśmy zapisy poprzez portal społecznościowy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że zainteresowanie tym biegiem będzie tak ogromne w naszym regionie. Zapisywały się osoby z Ostrowa Wlkp., Kępna, Kalisza czy Międzyborza. W ten sposób rozrósł się do nieco większych rozmiarów. Musieliśmy bardziej profesjonalnie podejść do tematu. Zaangażowaliśmy kilka instytucji w pomoc – Urząd Miasta i Gminy w Ostrzeszowie, harcerzy ZHP czy strażaków OSP, które co roku nas wspierają, a my staramy się z edycji na edycję jeszcze bardziej poprawiać i się doskonalić. Cieszą nas dobre opinie o naszych zawodach, a przede wszystkim panująca atmosfera na nich. Dla takich pozytywnych ludzi, którzy nas odwiedzają warto ciężko pracować i się poświęcać.
Wspomniani Krzysztof Machaj i Krzysztof Woryma. To właśnie Ci panowie dopilnowali, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Czy takie trio przy organizacji to dream team marzeń?
– To jest wymarzony team bez dwóch zdań! Świadczy o tym bardzo dobre przygotowanie naszej imprezy. Bez tych osób nie wyobrażam sobie żadnych działań. Ich profesjonalne podejście, poświęcenie i często innowacyjne pomysły są nieocenione. Można powiedzieć, że dobraliśmy się idealnie. Każdy z nas ma inny temperament, inne zadania do wykonania i myślę, że wzajemnie się uzupełniamy. Jeśli mogę ich opisać, to Krzysztof Machaj, osoba mająca kreatywne pomysły, podejmująca przemyślane, wyważone decyzje. Najlepszy logistyk na świecie, zawsze sobie poradzi, wyznaczy trasy, przeanalizuje wszystkie dane. Wszelkie papierowe sprawy nie są mu obce. Cała logistyka biegu opiera się na tej osobie. Krzysztof Woryma natomiast to nasz człowiek orkiestra. Bez niego nie mielibyśmy takich możliwości i nie moglibyśmy stworzyć imprezy z takim rozmachem. Jak powie, że coś będzie to musi być. Jak nie wejdzie drzwiami to oknem. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych i działa z ogromnym poświęceniem. Codziennie zaskakuje nas swoimi pomysłami.
“Aktywni” są znani także z promocji biegania poprzez akcję Rozbiegajmy Ostrzeszów. To luźna forma treningu dla wszystkich, nawet dla tych, którzy nie wiedzą jak się do potruchtania zabrać?
– Ta akcja została stworzona byśmy mieli możliwość treningu w większej grupie a zarazem w szczególności poświęcona jest osobom, które zaczynają przygodę z bieganiem. Często się wstydzą, mają opory czy dają radę trenować i biegać. Chcemy zarażać naszą pasją innych, to główny cel. Pokazać im, że bieganie nie jest straszne, a przyjemne. Zazwyczaj organizujemy ją raz w miesiącu. Wyznaczamy wcześniej dwie trasy – dłuższą i krótszą. Organizujemy miejsce zbiórki. Danego dnia spotykamy się i biegniemy wszyscy razem, jednym tempem. Każdy decyduje, którą z tras chce z nami przebiec. Na ile dana osoba jest przygotowana. Dzięki tej akcji nasze grono stale się poszerza a to nas cieszy ogromnie. Z tego miejsca pragnę zaprosić wszystkich na nasze akcje, nawet tych najbardziej wstydliwych. Będzie miło i na pewno wesoło.
Bieganie łączy, łamie bariery, udowadnia, że czasami wyniki schodzą na drugi tor. Podczas biegu Tropem Wilczym w Torzeńcu towarzyszyłeś na trasie niedowidzącemu Andrzejowi Jenowi z Racławic. To już nie pierwszy raz, gdy ktoś z “Aktywnych” pomaga w ten sposób.
– Pięknie ujęte. Czysta prawda. Taki jest sport. Przybliżę sylwetkę Andrzeja Jena. Jest on osobą niedowidzącą uprawiającą różnego rodzaju sporty, jak już wymienione bieganie, jazdę na rowerze, jazdę na nartach czy karate. Jest już znany w naszym środowisku biegowym dość mocno. Osobiście poznaliśmy się kilka lat temu właśnie w Torzeńcu. Odwiedza nasze imprezy w okolicy, mając ogromną determinację, by w ich uczestniczyć. Dla mnie to wielki człowiek z pasją, który łamie wszystkie bariery i pokazuje innym, że mimo przeciwności można uprawiać aktywność fizyczną. Potrzebuje wsparcia – pomocnika, który pomoże mu pokonać trasę. Jako, że nie dowidzi, potrzebuje wskazówek odnośnie rodzaju trasy, skrętów czy pokonania przeszkód. Jest połączony taśmą z pomocnikiem, by być blisko siebie i w odpowiednich momentach szybko zareagować. Wielu z naszych Aktywnych pomagało mu w różnego rodzaju zawodach i ja w tym roku miałem przyjemność towarzyszyć mu w biegu Tropem Wilczym w Torzeńcu. Rozmawialiśmy telefonicznie, że ma problem ze znalezieniem partnera na ten bieg i zadeklarowałem mu swoją pomoc .Dla mnie to też nowe doświadczenie jak i duma z tego powodu, że można pomóc drugiej osobie.
Bieganie w czasach koronawirusa. Czy sądzisz, że odwołanie Crossu Ostrzeszowskiego, przełożenie w czasie Kocich Gór to rozsądna decyzja?
– Nie jestem osobą aż tak kompetentną, ani ekspertem w tej dziedzinie, by wypowiadać się na temat odwołań. Mogę wyrazić tylko swoje skromne zdanie. Decyzje zapadły na wysokim szczeblu i tutaj organizatorzy jak i samorządy muszą się dostosować. Uznaję je za słuszne. Lepiej dmuchać na zimne. Musimy zachować rozsądek i przede wszystkim zadbać o zdrowie uczestników jak i kibiców. Każdy z nas ma rodziny, więc chcemy być bezpieczni. Miejmy nadzieję, że sytuacja z wirusem szybko się zakończy i będziemy mogli dalej rywalizować w zawodach w całej Polsce, nie tylko w bieganiu, ale w każdej innej dyscyplinie. Póki co trenujmy indywidualnie, bez skupisk ludzi, a praca ta odbije się na pewno na formie i zaprocentuje później.
Co gdyby wprowadzono masowe kwarantanny i opuszczanie swoich domostw tylko w nagłych przypadkach? Czy nie uderzyłoby to w biegaczy, którzy przeważnie trenują indywidualnie, szukając przy tym zacisznych miejsc?
– Myślę, że uderzyłoby to we wszystkich bez wyjątku. Nie tylko w biegaczy ale innych sportowców. Było by to dla mnie zrozumiałe. Jeśli sytuacja stałaby się krytyczna, nie mielibyśmy wyjścia. Zdrowie naszych bliskich i nas jest najważniejsze, nawet kosztem treningów.
Sebastian Gołdyn






Zostaw odpowiedź

Your email address will not be published. Required fields are marked as *

Pin It on Pinterest