Zawsze można szybciej i dalej

Dla niego bieganie to obcowanie z pięknem stworzonego świata, a także inspiracja do dalszej pracy nad sobą. Ma za sobą starty w Biegu Rzeźnika a także Chudym Wawrzyńcu, choć podkreśla, że to nie koniec przygody z ultramaratonami. Gdy zechcesz pobiegać w sobotni bądź niedzielny poranek to ci nie odmówi, a gdyby szło przyciągnąć Tatry do Ostrzeszowa zapewne sam z całych sił pociągałby za sznurki. Michał Szmaj – człowiek, któremu bieganie daje siłę do nowych wyzwań i pracy nad sobą.

Dyrektor Ostrzeszowskiego Centrum Kultury, harcerz, człowiek orkiestra. Gdzie w tym wszystkim znajdujesz czas na bieganie?
– W tak zwanym międzyczasie. Rzeczywiście momentami jest trudno znaleźć chwilę na trening, od paru lat zauważam, że właśnie w moim treningu brakuje regularności, bo (…) są miesiące, w których praca, obowiązki zawodowe czy te wynikające z harcerskiej służby zabierają ten czas, choć zazwyczaj są to ludzkie wymówki. (…)
Mam rozumieć, że mając te dwie godzinki wolnego znajdziesz czas na bieganie i nie będziesz dopuszczał do siebie myśli, że lepiej odpocząć i zregenerować siły przed planami na wieczór?
– Jeżeli człowiek jest zmęczony po pracy, gdzieś tam przytłoczony obowiązkami, to trudno czasami wykrzesać z siebie jeszcze chęć wyjścia z domu, a nie np. drzemki czy zjedzenia obfitego obiadu. Jeśli jednak ten czas się znajdzie, będzie się konsekwentnym w swoich założeniach, również pewnych założeniach treningowych, to tylko pozytywnie wpłynie na drugie życie. Przykładowo idąc biegać po południu po pracy na godzinkę czuję, że mam do północy jakby drugi dzień, nowe siły, nowe życie.
Powiedz mi czy zdarza Ci się przedzwonić do znajomych, do harcerzy ze słowami „dawaj, pobiegajmy”?
– Tak, myślę, że często biegam z innymi ludźmi, z moimi znajomymi, z przyjaciółmi. To jest dobry czas na rozmowę, również na poznanie kogoś. Tak naprawdę umówienie się z kimś na trening o świcie pomaga mi się zmobilizować i wyjść wcześniej z łóżka, wtedy już trudniej znaleźć wymówkę, bo wiem, że jeśli z kimś jestem umówiony to ten ktoś będzie na mnie czekał. Pozdrowienia dla Krzysztofa Machaja. (…)
Nie jesteś typem osoby, która wybiera się na pięciokilometrową pętlę po mieście. Wiem skądinąd, że omijasz miejski skwer na rzecz lasów i ostrzeszowskich wzgórz. Dlaczego tak?
– W bieganiu cenię sobie kontakt z naturą, więc jak biegnę sam, ale również i ze znajomymi, choć szczególnie mam tu na myśli samotność, lubię wsłuchać się w przyrodę. Rzadko się zdarzy, że nie spotkam sarny, czasem jelenia, czasami dziki i to jest wspaniałe. To jest jedna z rzeczy, która mnie w bieganiu pociąga: obcowanie z pięknem stworzonego świata i czasami walka z tą przyrodą, bo jeżeli wyruszę na otwarty teren, w środku zimy, gdzie hula wiatr, no to też czuć namiastkę jakiejś takiej małości człowieka wobec natury. Świat jest piękny i trzeba go poznawać, ja uważam, że zieleń wokół naszego Ostrzeszowa i bardzo szczęśliwe położenie zachęca do tego, aby zacząć przygodę z bieganiem i wszystkich do tego zachęcam.
Mimo wszystko zdaje się, że najbardziej pokochałeś góry. Co tam Cię urzekło?
– W górach urzeka mnie wszystko. Ja do przygody z bieganiem wróciłem albo na nowo ją zacząłem głównie przez to, że przyzwyczaiłem się bardzo do aktywności poprzez trening wspinaczki sportowej, ale i górskiej, no i gdzieś tam kontuzja wyłączyła mnie z tego treningu. Coś trzeba było robić, więc poszedłem pobiegać, skoro bark nie działał to może nogi zadziałają, więc naturalnie te nogi poniosły mnie raczej do górskich biegów, bo to moje naturalne środowisko. Nie obca mi jazda na nartach, do tej pory się wspinam, chodzę po górach… Poza tym bardzo lubię zbiegać, bo właśnie zbiegi często są szybkie, często techniczne, trzeba trochę pobalansować ciałem, żeby utrzymać równowagę.
Pamiętasz swój pierwszy bieg górski?
– Kilka lat temu wracając do biegania zacząłem stopniować sobie treningi i stwierdziłem, że czas w końcu na zawody. Wytyczyłem sobie dystans 10 km i wiadomo, że różne są drogi poszukiwań w internecie w różne miejsca nas prowadzą i nie wiem jak to się stało, że akurat te drogi zaprowadziły mnie do biegu w Świeradowie Zdroju. To była szybka trasa, udało mi się zająć trzecie miejsce w swojej kategorii, tak że uskrzydliło mnie to do dalszej pracy, potem już poszła „połówka” Gór Stołowych, kilka kolejnych i tak to gdzieś zabiegło.
Masz za sobą ukończenie niezwykle trudnych zawodów, jakimi niewątpliwie są Bieg Rzeźnika i Chudy Wawrzyniec.
– Do tej pory to są moje najdłuższe biegi, bo oba liczą około 85 km. Bieg Rzeźnika to legenda polskich biegów ultra i tam właśnie umówiłem się z moim przyjacielem, z którym też razem chodziliśmy kiedyś po górach, też zresztą harcerzem, z którym na co dzień nie mam okazji trenować, bo on mieszka w Poznaniu, ja żyję tutaj w Ostrzeszowie. Natomiast wspólnie umówiliśmy się na Bieg Rzeźnika, gdzie biegnie się w parach, nie można oddalić się od siebie na więcej niż pięćdziesiąt metrów, więc biegniemy w tandemie i ukończyć go można tylko i wyłącznie razem. Tylko wtedy jest się sklasyfikowanym. Formuła biegu jest bardzo trudna, wymagająca empatii, jedna osoba musi polegać na drugiej i jest to fantastyczne. Udało nam się te zawody ukończyć z dużym zapasem, jeśli chodzi o limit czasu, choć nie brakło jakichś tam kryzysów po drodze.
Właśnie, jak podczas takiego morderczego dystansu walczyć ze słabościami? Zwłaszcza gdy głowa chce, a nogi już nie mogą.
– Przede wszystkim trzeba jeść. Co innego przebiec maraton po płaskim, co innego w górach. Należy dbać o to, żeby nie dopuścić do siebie głodu, ten żołądek też musi wytrzymać, więc trzeba jeść mądrze, trzeba poznać swój organizm i to co on przyjmuje, a czego nie przyjmuje. Co jeszcze? To, że trzeba pić wydaje mi się oczywiste, natomiast jak radzić sobie z kryzysem? (…) Na Chudym Wawrzyńcu rzeczywiście poczułem taką „ścianę” na jednym z podejść pod szczyt, który nazywał się Oszust. To działo się już w drugiej części biegu (w tym biegu na 45. km decydujesz czy biegniesz 55 km, czy 85 km). Biegłem z nastawieniem na ten dłuższy dystans, niedługo po rozejściu szlaków były obalone drzewa, trzeba było pomiędzy nimi kluczyć, wysysało to mocno energię a szkoda, bo jednak był to w miarę płaski fragment. Po tym wszystkim nastąpił długi zbieg, tam troszeczkę przycisnąłem, ale czułem, że biegnie mi się dobrze za jednym biegaczem i w plecaku mam jedzenie, lecz nie chciało mi się zatrzymywać i tracić dystansu, stwierdziłem, że jeszcze kawałek podbiegnę. To był błąd, ponieważ później zaczęło się to bardzo strome podejście pod Oszusta i tam przechodząc już do szybkiego podejścia z kijkami, gdzieś to moje podejście nie było szybkie, tempo mi bardzo spadło, każdy krok to było pewnego rodzaju wyzwanie. Dopiero musiałem się solidnie najeść, solidnie napić, żeby mi te siły wróciły i żeby jeszcze tę końcówkę zaliczyć biegiem, szczególnie, że ostatnie 10 km to jest zbieg i pamiętam, że ten zbieg udało mi się zrobić wyjątkowo szybko, chyba poniżej 45 minut. Niestety do tego zabłądziłem, to znaczy byłbym pewnie na mecie w 12,5 godziny, może dziesięć minut szybciej, finalnie dotarłem w niecałe 13, bo nadrobiłem sobie dwa kilometry zbiegając do Rajczy zamiast do Ujsoł.
Jesteś bardzo pomocną osobą, nie dość, że sam biegasz to pomagasz także innym wrócić do zdrowia poprzez sport. Często można Cię zauważyć trenującego z Konradem, który uległ ciężkiemu wypadkowi. Również kilka dni temu na Mistrzostwach Ostrzeszowa na 6,3 km zamiast bić się o podium wolałeś z nim pokonać tę niełatwą trasę. Piękna inicjatywa.
– Wspólnie z Konradem stwierdziliśmy, że tak będzie, właśnie ukłony słałbym w jego kierunku, a nie moim. Terenowy bieg wymagał od Konrada wiele odwagi, my tak naprawdę dopiero zaczynamy wspólne treningi, wiadomo, że zimą to też trudniejsze. Myśleliśmy o wspólnym biegu Wings For Life no i zazwyczaj niesie nas w stronę asfaltu, a tutaj przychodzą mistrzostwa, teren z trasą dość niełatwą, ale taka myśl wykieł kowała. Skoro chcemy razem trenować i pewne rzeczy osiągać, bo dopowiem, że Konrad to bardzo aktywna osoba, która przed wypadkiem również podejmowała aktywność jako kolarz, jako biegacz, twierdziliśmy, że mając pierwsze zawody od dawien dawna, w których można wziąć udział, to dobry pretekst, aby zrobić coś wspólnie. Poszliśmy na testy trasy, okazały się one trudne, to była raczej walka o życie bez przedniego kółka, które po testach udało się załatwić, całe szczęście dzięki temu mogliśmy się jeszcze trochę pościgać. Oczywiście to duża zasługa Konrada, bo on dodatkowo chodzi na siłownię i gdzieś tam trenuje szybkość na wózku, i ta nasza współpraca, siła woli, siła jego mięśni i moich sprawiły, że ukończyliśmy bieg w limicie czasu, udało nam się jeszcze kilka osób wyprzedzić, ale to też dzięki temu, że duże wsparcie było z ich strony. Wiele osób chciało nam pomóc na trasie, my oczywiście tak jakby nie chcieliśmy tego, bo chodzi o to, by samemu wjechać na metę, więc bardzo doceniamy to, jak i słowa otuchy, których na trasie było mnóstwo. (…) Będziemy walczyć dalej, już mamy naukę na jakie rzeczy trzeba zwrócić uwagę, co trzeba usprawnić, bo tutaj aspekty techniczne grają rolę, również kwestia oddychania, wnioski wysnuwają się same z treningów. Dla mnie to fantastyczne, że Konrad też był harcerzem, byliśmy kiedyś w jednej drużynie i naprawdę fajnie, że możemy teraz razem sobie pobiegać. Mam, lecz nie wiem czy głośno o nich mówić. Moim zdaniem w życiu trzeba mieć cele i w ogóle sport uzmysławia często, że każdy cel jest możliwy, tylko trzeba sobie wyznaczyć małe cele po drodze i konsekwentnie do niego dążyć. Ja nie jestem żadnym sportowcem, lubię aktywność fizyczną, kocham przyrodę… Wracając do sedna, moim zeszłorocznym marzeniem było przebiec zawody stukilometrowe i to właśnie w Beskidzie Niskim, które zaraz po Tatrach są moimi ulubionymi górami w Polsce, ponieważ są jeszcze w miarę dzikie, i właśnie tam kilka lat temu miałem okazję biec dystans 50 km i chciałem wrócić na nieco dłuższy dystans z cyklu Łemkowy na Ultra Trail, tam są dystanse od 30 km do 150 km, ja wybrałem sto z małym haczykiem. Niestety bieg został jesienią odwołany z wiadomych przyczyn i jest przeniesiony na maj, więc może wtedy uda się zrealizować ten mój cel, który troszkę odwlókł się w czasie. (…)
Takim dalekosiężnym marzeniem biegowym jest chyba mimo wszystko i nie zaskoczę tym biegaczy, których tu nie brakuje, o wiele lepszych ode mnie na dystansach ultra, bieg UTMB czyli ULTRA TRAILED MONT BLANC. Jest to bieg dookoła Mont Blanc w Chamonix, tam już zresztą byłem, miałem okazję wejść na szczyt Blanca, który góruje nad tym miasteczkiem, tak że chciałbym tam wrócić biegowo.
Sebastian Gołdyn



Zostaw odpowiedź

Your email address will not be published. Required fields are marked as *

Pin It on Pinterest