Czasem brakuje mi cierpliwości

Rozmowa z Pawłem Koprowskim, wójtem Kraszewic

Jakie uczucie towarzyszy Panu na finiszu: niedosytu, satysfakcji czy poczucia klęski?
– Na pewno nie poczucia klęski, bo nie można tego, co wydarzyło się w ostatnich 4 latach traktować jako klęskę. Poczucie niedosytu na pewno, bo zawsze można zrobić więcej, lepiej, inaczej. Na pewno nie mogę powiedzieć, że wszystko było zrobione super, bo nie było, bo potrafię dokonać analizy i wyciągać wnioski i potrafię być także samokrytyczny, natomiast nie mogę powiedzieć, że wszystko co robiliśmy było albo złe, albo niedobre, albo nie takie.
Przeglądając Pana program wyborczy sprzed 4 lat przyznać muszę, że wiele, choć nie wszystko, udało się zrealizować. Z czego jest Pan najbardziej dumny?
– Dokładnie z tego, co pan przed chwileczką powiedział. Że był bardzo dobrze przygotowany, oparty na konkretach program wyborczy. Ja i moi kandydaci, którzy startowali wówczas z listy PiS wsłuchali się w to, o czym mówili mieszkańcy. (…) Ja nie ukrywam, że dużym sukcesem wyborczym było wówczas to, że udaliśmy się bezpośrednio do mieszkańców. Jedni chcieli rozmawiać, inni nie, bo mówili, że nie chcą zmian. Natomiast to, co się udało później ubrać w program wyborczy, jak widać było trafione.
Teraz łyżka dziegciu. Poczucie klęski towarzyszy Panu, gdy myśli o…
– Klęska to jest bardzo mocne słowo. Na pewno pewnego rodzaju porażką jest sprawa, która wynikła także po części z pana inicjatywy i zaangażowania, to jest sprawa Łękawek, która przy tych wszystkich inwestycjach drogowych (…) faktycznie nie została dopilnowana. To się ciągnie i pewnie będzie się ciągnęło, natomiast my jesteśmy w tej chwili zdeterminowani, żeby to wyjaśnić. I tutaj mogę powiedzieć, że osobiście mam do siebie pretensje, bo z reguły na każdej inwestycji byłem, pilnowałem, natomiast tutaj zaufałem i inspektorowi nadzoru i po części swoim pracownikom, i efekt jest jaki jest, do tego się przyznaję.
Nie byłoby tej wrzawy wokół Łękawek, gdyby zareagował Pan na pierwsze niepokojące sygnały w tej sprawie. Pan jednak uparcie twierdził, że nic się nie stało. Proszę się nie dziwić, że brak reakcji wzbudził podejrzenia.
– Być może tak. Ja przyznaję się do tego, że ten konflikt, który powstał i zarysował się na linii ja – radny Jan Wojtaszek, pewnie ma też przełożenie na to, że w tym momencie zabrakło mi spokoju, opanowania, zresztą moja reakcja wtedy na komisji była taka, jaka była, ja za to przeprosiłem i pana, i radego. Czasami człowiek tak reaguje. Ja z natury jestem w miarę spokojnym człowiekiem, natomiast nie ukrywam, że też moją taką cechą jest to, że nigdy w życiu nie kierowałem się prywatnym interesem. Jeżeli ja słyszę, że gdzieś tam coś robię z własnych pobudek, czy dla siebie…
A tak mówią?
– Czasami takie głosy do mnie trafiają. To mnie osobiście boli, bo nigdy przez te 4 lata nie myślałem o sobie.
Oczywiście nikt nie kwestionuje konieczności budowy przedszkola czy drogi w Jaźwinach, niemniej kredyty, jakie gmina zaciągnie w tym i 2019 r. w dużej mierze ograniczą możliwości inwestycyjne samorządu na ładnych kilka lat.
– Niezależnie od tego, kto wyjdzie zwycięsko z tych wyborów, to podstawą jest rozmowa i współpraca i myślę, że w dużej mierze zespół, który udało mi się stworzyć w Urzędzie da sobie z tym wszystkim radę.
Rozumiem, ale z pustego i Salomon nie naleje.
– Tak, tylko my mamy koncepcję i osoba, która tak naprawdę gdzieś tam chce kontynuować moją wizję programu z 2014 r. ma pomysł na to, jak to zrobić
Gmina wyemituje obligacje?
– Nie ma takiego pomysłu. Za wcześnie o tym mówić, ja też nie jestem osobą kompetentną, żeby odkrywać karty kandydata. (…) To jest jego kampania i jego wizja.
W Kraszewicach czy Doruchowie samorządy postanowiły budować nowe przedszkola i tutaj ich koszt oscyluje wokół 6-7 mln zł. W Kobylej Górze wybrano inną drogę, postanowiono gruntownie zmodernizować już istniejące, choć praktycznie wybudowano je od podstaw, i tam koszt inwestycji zamknął się w ok. 2 mln. Która droga jest lepsza?
– Trudno modernizować coś, co nie istnieje.
Ale przecież jest budynek przedszkola.
– I uważa pan, że ten budynek jest do zmodernizowania, tak żeby tam się zmieściło 100 dzieci plus 25 żłobkowych?
A gdyby połączyć ten budynek z agronomówką.
– Nie było takich planów, bo to są budynki, które nadają się do kapitalnego remontu.
W Kobylej Górze też tak było.
– Ale ile by to kosztowało?
Tam kosztowało 2 mln.
– Proszę zwrócić uwagę na usytuowanie tego budynku, w bezpośrednim sąsiedztwie drogi.
Można by było wykorzystać teren za agronomówką i tam wybudować bezpieczną drogę dojazdową, parking, plac zabaw.
– Sam pan w tym momencie generuje koszty.
Ale przecież w obecnej lokalizacji też będziecie taką infrastrukturę budować.
– Tutaj ma powstać cały kompleks edukacyjny i wierzę, że w ciągu kilku lat ta inwestycja w pełni zostanie zrealizowana. Startowaliśmy do wyborów z taką wizją i pozostaliśmy wierni tej koncepcji.
4 lata temu, tuż po wyborze powiedział Pan, że zależy Panu na zbudowaniu dobrych relacji. Wystarczy przyjrzeć się temu, co działo się na większości sesji, aby uznać, że chyba nie do końca się to udało. Tam ciągle iskrzyło.
– Tylko czy to wynika z tego, że my nie potrafiliśmy się dogadać? Idąc tym tokiem myślenia miałoby to przełożenie na to, że nie byłoby tego efektu, który dzisiaj mamy.
To jest siła większości, jednak z tą mniejszością jakoś nie umiał Pan sobie tych relacji poukładać.
– Ale to są jednostki. My mamy radę złożoną z 15 osób, a w tym momencie mówimy o trzech, być może czterech, które mają różne zdania.
To może trzeba było próbować przekonać ich do swojego.
– Ja nie jestem terrorystą. Ja nie będę nikomu na siłę narzucał swojego zdania. Ja toleruję to, że ktoś może mieć to zdanie odmienne, nawet jeśli nie jest ono zgodne z prawdą.
Ale radny Jan Wojtaszek czy Jan Kędzia mieli chyba prawo mieć swoje zdanie. I mieli prawo czuć się traktowani byle jak, choćby w sytuacji, gdy przez dwa miesiące nie reagował Pan na ich alarmujące sygnały, że droga w Łękawkach dziwnie się jakoś skurczyła. Pan je lekceważył.
– Nie, nie lekceważyłem. To jest tak, że radni pewne rzeczy przekazują, natomiast nie zawsze mówią obiektywnie i wszystko.
Panie wójcie, przecież w końcu okazało się jednak, że to Wojtaszek miał w tym wszystkim rację. Pan zareagował dopiero, kiedy sprawa nabrała rozgłosu medialnego.
– Pan obserwował z punktu widzenia sesji, z punktu widzenia komisji. Natomiast my sprawdziliśmy w tym czasie dokumentację, tylko nie zrobiliśmy jednej rzeczy – nie pojechaliśmy i tego nie zmierzyliśmy.
Ale od tego trzeba było chyba zacząć.
– Ja do tego się przyznaję, przepraszam. Co jeszcze mnie zmyliło, mieliśmy kosztorys powykonawczy, gdzie generalnie rzecz biorąc sam wykonawca potwierdza, że zrobił to zgodnie z kosztorysem.
Ale waszym obowiązkiem było to sprawdzić.
– Zgadza się, myśmy z kolei potwierdzili to, co mówił inspektor nadzoru. On to odebrał, Urząd potwierdził, ja to podpisałem. Nie przysłuchiwaliśmy się biernie temu, co mówił pan Wojtaszek. Natomiast sytuacja Łękawek wypłynęła już po wielu wcześniejszych spięciach z pewnymi radnymi i pewnie to też miało jakieś rzutowanie, że podeszliśmy do tego tak, jak podeszliśmy. (…) Mówi pan o relacjach. Ja te relacje próbowałem zbudować i nikt mi nie może odebrać tego, że ja nie wyszedłem z inicjatywą. Gdybym naprawdę nie chciał zbudować relacji, to po pierwsze ani pan Wojtaszek, ani pan Kędzia, ani pani (Adela) Puchałowa nie byliby przewodniczącymi komisji.
Nie boli Pana, że gmina straciła w ten sposób kilkadziesiąt tysięcy zł? Czy na pewno robicie wszystko, żeby te pieniądze wróciły do budżetu gminy?
– Ta sprawa ma swój bieg i z tego co wiem jest już jedno postępowanie wyjaśniające, które się toczy, my też przymierzamy się do tego, żeby tę sprawę wyjaśnić również na drodze sądowej.
Jak to było z tym zadeptywaniem wydeptanych przez pana poprzednika wójta Józefa Olszewskiego ścieżek?
– Ja nigdy nie powiedziałem, że będę jakiekolwiek ścieżki zadeptywał. To był zarzut opozycji, która mówiła, że będzie mi trudno, ponieważ ja nie mam żadnych ścieżek wydeptanych, czyli mówiąc kolokwialnie, że nie mam wyrobionych kontaktów. Usłyszałem też, że będzie nam się ciężko współpracowało, bo ja jestem z PiS-u. Ja skwitowałem to bardzo krótko: dajmy sobie czas. Daliśmy czas i te relacje myślę, że wcale nie są słabsze, niż za wójta Olszewskiego. Będąc w samorządzie trzeba rozmawiać i współpracować z każdą opcją polityczną, a przede wszystkim nie można sobie pozwolić na politykowanie. Zresztą, kiedy otrzymałem propozycję startu z listy PiS, wyraźnie to powiedziałem, że owszem, wystartuję z ich listy, natomiast nie zamierzam być politykiem, czyli nie zamierzam wstąpić do partii.
To PiS namawiał Pana, żeby wystartował w wyborach?
– Nie, pan doskonale wie, kto wyszedł z inicjatywą. Ten, który dzisiaj mnie najbardziej krytykuje i atakuje.
Właśnie, w kampanii wyborczej prezes Ruchu Samorządowego im. Prof. Mariana Falskiego w Kuźnicy Grab. Michał Krzak był wręcz Pana mentorem.
– Nie. (…) Jeżeli już, to pierwszą osobą, która taką propozycję mi złożyła to był pan Wojtaszek.
I co się stało? W niedługim czasie staliście się największymi antagonistami.
– Ja mam swoją interpretację tego, co się stało, ale nie chcę się nią dzielić.
Czy Pana zdaniem Jan Wojtaszek to dobry radny?
– Gdyby spojrzeć na pana Jana, to ja naprawdę nie mogę i skrzywdziłbym go, gdybym powiedział, że brak mu jest zaangażowania, że chce źle dla mieszkańców. Nie, on chce bardzo dobrze i jego zaangażowanie, jego plany, jego wizja, ok, ja się z tym zgadzam, tylko… To jest tak, jak w życiu. Ludzie stawiają sobie cele. I teraz, żeby to też nie zostało wprowadzone w jakiś zły kontekst, ja się teraz na moment oderwę od rzeczywistości i powiem jedną rzecz. Mamy dwóch ludzi, którzy mają ten sam cel, ale droga do realizacji tego celu jest całkiem inna. I tyle. (…) Przecież poprzedni wójt też miał złe relacje z Wojtaszkiem.
Ale gdyby nie było Wojtaszka, sprawa Łękawek pewnie nie ujrzałaby światła dziennego.
– Ok. Ja już powiedziałem – ja przepraszam za to, co się stało. Natomiast jeszcze raz powtórzę, że jeśli faktycznie jedna rada, druga rada nie spełnia tej wizji, którą pan Wojtaszek prezentuje, to dlaczego nie ma tej odwagi cywilnej, żeby zaproponować mieszkańcom gminy swoją wizję i wystartować.
Co jest Pana największą zaletą?
– Na pewno umiejętność planowania. Tego się nauczyłem pracując w Wydawnictwach Szkolnych i Pedagogicznych, ale to też jest chyba taka moja cecha wrodzona. Wydaje też mi się, że potrafię słuchać. Bo gdybym nie słuchał, to praktycznie nie trafiłbym z tymi potrzebami.
A wadą?
– Czasami brakuje mi tej cierpliwości, ja się do tego przyznaję. Być może czasami jestem za bardzo emocjonalny. Może też mamy tu coś wspólnego z panem Wojtaszkiem, że chcemy coś zrobić dobrze, a boli nas, kiedy to jest gdzieś tam inaczej interpretowane.
Jest coś, czego Pan żałuje?
– Tego, jak się zakończyła ta nieszczęsna inwestycja na Łękawkach.
Jakie są Pana plany na przyszłość?
– Na pewno nie porzucę swojej aktywności. Przyznam uczciwie, że gdzieś tam rozglądam się, co mógłbym robić, natomiast dla mnie dzisiaj priorytetem jest zdrowie. Przez najbliższy czas nie będzie mnie stać na pełną aktywność, ponieważ mój uszkodzony mięsień serca na pewno nie zregeneruje się tak, żeby mógł funkcjonować na 100% swoich możliwości. Jeżeli osiągnę frakcję wyrzutową na poziomie 40%, do czego dążę, to będzie dużo. I wtedy muszę znaleźć taką pracę, nigdy to nie będzie praca fizyczna, natomiast chcę robić coś, być może związanego ze sprzedażą, zarządzaniem, bo uważam, że tutaj mam i kompetencje, i doświadczenie, i predyspozycje.
Niektórzy mówią, że przy odpowiednim zrządzeniu losy będzie Pan chciał zostać sekretarzem gminy.
– Mogę zdementować, że na pewno nie będę sekretarzem i na pewno nie będę wiązał się ani z samorządem Kraszewic, ani z żadnym innym samorządem.
Jerzy Bińczak



Zostaw odpowiedź

Your email address will not be published. Required fields are marked as *

Pin It on Pinterest