Menu główne

Myślę, że problem oświaty jest nadal otwarty

Rozmowa z Czesławem Balcerzakiem, wójtem Rychtala

Kiedy 4 lata temu podsumowywaliśmy kończącą się kadencję, powiedział Pan, że ma takie marzenie, aby wybudować w Rychtalu nową szkołę. Udało się?
– Niestety nie. Nie udało się. Nie jest to decyzja moja, jest to decyzja rady gminy, której nie udało mi się przekonać. Pobudowanie nowej szkoły w Rychtalu to jest z automatu likwidacja szkół w Drożkach i Buczku. To są małe szkółki, do Drożek chodzi 44 dzieci, do Buczka – podobnie. Takie małe szkoły nie mają racji bytu. Niestety nie było zgody w radzie, nawet radni z mojego ugrupowania też powiedzieli, że nie zagłosują za ich likwidacją.
Pewnie dobrze?
– Tylko, że takie małe szkoły są olbrzymim problemem dla budżetu gminy. W Drożkach w jednej klasie jest np. dwoje dzieci, a Buczku – jedno. Ja się z tym nie mogę zgodzić. (…) Jest jednak duży opór nauczycieli, mieszkańców tych wsi. Wiceprzewodniczący naszej rady jest nauczycielem, przewodniczący rady to mąż nauczycielki i rozumiem tę presję, jakie są poddani… Nie mam do nikogo pretensji. Oczywiście my do tego dopłacamy masę pieniędzy, około 1,8 mln zł w skali roku. Wiadomo, że poprzez likwidację tych małych szkół ja tyle nie oszczędzę, ale nawet jak zaoszczędzę połowę, to jest to ogromna suma dla budżetu gminy. Ale niestety nie umiałem przekonać radnych, chociaż teraz niektórzy sygnalizują, że gdybyśmy teraz podjęli ten temat, to może? Ja już od lat im tłumaczę: skoro chcecie utrzymywać małe szkoły, a nie chcecie kanalizacji i innych zadań… Teraz jakby o tym zapomnieli, wszyscy chcą kanalizacji, a przecież budżet gminy jest taki, jaki jest i większość środków pochłania właśnie oświata. Gdyby doszło do likwidacji tych szkół, dzieciaki z Buczka i Drożek nic by nie straciły, a jedynie zyskały. Była tu u mnie grupa mieszkańców z Drożek i ja mówię do nich: słuchajcie, jak byłem na zebraniu to i mówiłem wam, uzyskane w ten sposób oszczędności przeznaczę na inwestycje. Młodzież nic nie straci, dzieci przywieziemy spod domu. A teraz dzieciaki muszą chodzić tam z bloków popegeerowskich prawie kilometr do szkoły. Tu jest stołówka, świetlica, tu w Rychtalu są naprawdę warunki. A oni Nie, nie, nie, bo nie.
To mi się nie udało i nie wiem, czy następnemu wójtowi się to uda. Nie mam pojęcia. Część radnych jest za likwidacją, rozumie to. Ale jest tu olbrzymia presja nauczycieli na radnych, na środowisko. Nauczycieli, którzy bronią swoich miejsc pracy. Działałem, przekonywałem, ale nie udało mi się przekonać.
Czy to oznacza, że współpraca z radą do łatwych nie należała?
– Należała, bo ja mam większość w radzie. Tylko po prostu w tej sprawie się nie zgadzaliśmy.
Przyszło też Panu walczyć z wiatrakami, a raczej o wiatraki.
– Jak była ta wojna z wiatrakami, to przyjechały tu dwie konserwatorki zabytków i mnie maglowały, bo żądały, żebym zrobił tzw. wizualizację, jak te wiatraki wkomponują się w krajobraz. Chodzi o to, że w Rychtalu mamy zabudowę zabytkową. Wcześniej nie zgodziły się na planowaną lokalizację tych wiatraków, wtedy ja się odwołałem do Ministerstwa Kultury i minister odpowiedział, że wójt w Rychtalu nie musi się znać na wizualizacji i jak chcą, to sobie sami mają taką wizualizację zrobić. Po prostu te wiatraki miały być wkomponowane w krajobraz. W końcu jakoś się z nimi w sprawie tych wiatraków dogadałem.
Pan może tak, ale grupa mieszkańców nadal nie zgadza się z ich lokalizacją w pobliżu posesji. Nie wszyscy mieszkańcy są za tym, aby tu powstały.
– Wiatraki to jest przesądzona sprawa, w kwestii lokalizacji jest to temat zamknięty. Wszystkie sprawy gmina wygrała, plan z wiatrakami został zatwierdzony. Natomiast w międzyczasie zmieniła się ustawa, która mówi o tym, że wiatrak może być pobudowany w odległości nie mniejszej, niż 10-krotność ich wysokości. Jeżeli ma 200 m, to od zabudowań musi być 2 km. Tyle, że ta firma, która zabiegała o ich lokalizację, wszelkie zgody uzyskała jeszcze przed wejściem w życie tej ustawy, jeszcze w ostatnim dniu im wydawałem decyzję środowiskową. Dla gminy to są pieniądze.
Jakie?
– Kolega w Opolskiem ma ponad 30 wiatraków na terenie gminy, za jeden ma ok. 35 tys.
A tutaj będzie tych wiatraków ile?
– Niestety tylko 6. Dla tych udało się wydać decyzję środowiskową, jeszcze na podstawie starych przepisów. Owszem, mieszkańcy bombardowali starostę, starosta się wystraszył, prokurator miał się w to wszystko zaangażować. Cyrki.
A Pana zdaniem nie mieli racji?
– No nie mieli racji, bo oni mi mówią, że to szkodzi. A ja mówię, słuchajcie, jeżeli Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna, która odpowiada za zdrowie i życie mieszkańców, jak ona podpisuje mi, że tak może być, to macie do mnie pretensje? Piszcie do nich. Konserwator mi uzgodnił, Sanepid uzgodnił, RDOŚ uzgodnił. Zgodnie z ustawą nikt więcej nie ma niczego do uzgadniania. Konserwator był potrzebny, że są tzw. domeny, czyli kościoły, kościół jest zabytkiem. Ja z nimi jeździłem i ta pani konserwator stawała sobie na polnej drodze i mówi: tu jest jakaś droga polna, tu mieszkańcy mogą sobie spacerować i ten wiatrak będzie zasłaniał wieżę kościoła proszę pana. Takie pierdoły. To ja mówię: to niech pani stanie sobie 5 m w lewo i widzi kościół. No nie udało mi się ich przekonać i dwa wiatraki mi ,,uwaliły’’.
Jaka to była kadencja?
– Trudna. Tych środków unijnych było mniej, projektów też było mniej. Na kanalizację było 50 mln, to raptem dostało kilka gmin. Zresztą kryteria były tak wyśrubowane. Udało nam się (wspólnie 7 gmin) pozyskać środki na zakup nowego wozu strażackiego dla Rychtala. W sumie auto to kosztowało 800 tys. zł, dopłaciliśmy do niego niewiele, bo 185 tys. Wymieniliśmy również zużyte wozy bojowe w Proszowie i Krzyżownikach na nowsze. Milion dotacji dostaliśmy na budowę 3,7-kilometrowego odcinka drogi Rychtal-Zgorzelec-Sadogóra. Każdego roku, dzięki środkom z Funduszu ochrony Gruntów Rolnych z Urzędu Marszałkowskiego, systematycznie przebudowywaliśmy drogi polne na asfaltowe. W sumie pozyskaliśmy na te drogi 1,6 mln zł środków zewnętrznych, zarówno z PROW, jak i od marszałka. (…) Drogi to dla każdego samorządu podstawowa sprawa. Myślę, że stan dróg mamy dziś dobry, niektóre trzeba już jednak naprawiać. Do każdej miejscowości, prawie do każdego gospodarstwa mamy asfalt. Pobudowaliśmy skatepark i siłownię zewnętrzną w Rychtalu.
Od samego początku funkcjonuje u nas fundusz sołecki. Z początku byłem do niego nastawiony pesymistycznie, bo to są pieniądze z budżetu. Nie dość, że ich nie mamy, to jeszcze te 200 tys. trzeba było wydzielić. Dla wsi, w zależności od jej wielkości, to jest od 9 do – jak w przypadku Rychtala – 40 tys. zł. Między innymi dzięki tym środkom w każdej wsi mamy plac zabaw. Ludzie dalej chcą je rozbudowywać, powstają wiaty rekreacyjne, robią drobne remonty, dokupują sprzętu.
Jakie najważniejsze zadanie czeka nowego wójta i radę gminy?
– Myślę, że problem oświaty jest nadal otwarty i trzeba się z nim zmierzyć, próbować dalej. Bo tak słyszę wśród radnych, że teraz ludzie trochę już inaczej na to patrzą. I drugi problem, który musi być rozwiązany, to dalsza kanalizacja gminy, jest taka presja mieszkańców na te kanalizę. My tak źle nie mamy w naszej gminie, bo my mamy własną oczyszczalnię ścieków, 5 wsi sołeckich jest już skanalizowanych, jakieś sześćdziesiąt kilka procent mieszkańców całej gminy. Problemem jest fakt, że jesteśmy gminą małą, bo mamy 3900 mieszkańców, ale obszarowo zajmujemy aż 10.000 ha, czyli mamy te gospodarstwa porozrzucane, w związku z tym nie spełniamy tego wymogu 120 osób na km sieci, stąd nie załapaliśmy się do krajowego systemu, tzw. aglomeracji, stąd o wsparcie finansowe o wiele trudniej.
Po 28 latach kierowania gminą postanowił Pan powiedzieć dość. Czuje się Pan zmęczony?
– Czuję się zmęczony. Tak może psychicznie, nie fizycznie.
A czy spełniony?
– Nie do końca. Myślałem, że uda się tu trochę więcej spraw zrealizować, np. skanalizować więcej wsi. Ale to już nie moja wina, w tym sensie, że tych pieniędzy jest coraz mniej. Optymistyczne były te pierwsze rozdania. Może wtedy popełniłem błąd, bo trzeba było planować z większym rozmachem, ale to wszystko koszty były i nas to przerażało. Przecież my dzisiaj mamy zaledwie 12-milionowy budżet, i to ze słynnymi 500+. A wtedy to mieliśmy 8-9 mln. A do samej oświaty dopłacamy blisko 2 mln. Tych wolnych środków to my nie mamy w gminie, oświata nas tu zżera. My musimy się podpierać pożyczkami, kredytami. Jesteśmy za biedną gminą… Podatków przecież też nie możemy śrubować.
Kiedy wspomniałem o emeryturze, Pan uśmiechnął się zadowolony. Co Pan będzie robił, kiedy już opuści ten gabinet?
– Do głowy nie dostanę, bo mam działkę, mam folię, to się w tym bawię. Będę też starował do rady powiatu, koledzy wójtowie mnie namówili, abym spróbował. Nie wiem, czy mnie wybiorą, bo będę starował z Forum Społeczno-Gospodarczego, a nie jak dotąd z PSL. To bym miał taką odskocznię. Ale nie musze być radnym, bo ja mam w domu co robić. Żona mnie tam zagospodaruje. Mam przecież wnuczki. Pewnie te początki będą trudne, bo tymi problemami człowiek żyje.

Jerzy Bińczak