OSTRZESZÓW: Muzyka to nie tylko sprzęt

Spotykam Jurka bardzo często. Idąc do OCK-u, na imprezach muzycznych, na koncertach czy to Siły Przebicia, czy zespołu Przewielebny Blues Band… Jurek swoje życie dzieli między rodziną, pracą w Ostrzeszowskim Centrum Kultury i muzyczną sceną. Jerzy Bojszczak, rocznik 1966. Gitarzysta, kompozytor, aranżer… Muzyk.
Jego przygoda z muzyką zaczęła się od… starego już wtedy, lekko zdezelowanego magnetofonu. Magnetofon był produkcji CCCP, oczywiście na lampach. Rozruch trwał kilka minut, taśmy rwały się co jakiś czas, ale wszystko tworzyło niezwykły klimat.
– Na taśmach w tekturowych pudełkach było wszystko co było potrzebne mojemu ojcu do umilenia czasu i wykorzystania na chałturach – wspomina Jerzy Bojszczak. – Wydaję się, że muzyka była wtedy, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, bardziej melodyjna i finezyjna, niż dziś. Ktoś tam śpiewał, że „Serwus Panie Chief”, ,,Kto ze mną chce do Alabama…”. Był jazz, był Armstrong, Sami Swoi i dużo dancingowej muzyki. Czasami, gdy leciał Acker Bilik, ojciec brał klarnet i zaczynał się prywatny koncert. Ojciec kończył a instrument zostawał odstawiony gdzieś koło saksofonu i gitary. Instrumenty dęte były poza moim zasięgiem, ale zakazu zabawy gitarą nie miałem. Pewnie dlatego, oprócz wydobycia dźwięku podobnego do otwierania starych drzwi i pokręcenia kluczami nie robiłem z nią nic. Zresztą przyciskanie metalowych strun powoduje ból opuszków – wyznaje.
W końcu w domu Bojszczaków pojawiło się radio Amator. – Niestety w dyspozycji siostry śmieje się muzyk. – Na szczęście nie słuchała programu pierwszego tylko ,,trójki’’. No i zaczęła się era Beatlesów. Duet Mann/Metz puszczał takie czary i snuł takie opowieści, że mając 16 lat postanowiłem – GITARA. Ojciec, już wtedy „Stary” a nie „Tato”, oczywiście służył radą i pomocą. Cierpliwie rysował diagramy, pomagał wysłuchać akordy do ulubionych piosenek aż skończyliśmy razem na weselu z Włodkiem Rejmoniakiem i pewnie jeszcze kimś, kto niestety umknął z mojej pamięci. Przygoda z weselnym graniem potoczyła się dalej. „Konflikt pokoleń” pchnął mnie do nowych, muzycznych znajomości i zmiany składu. W spadku po ,,Starym dostałem’’ wzmacniacz Contra 60.
To już było coś, bo w tym okresie w sklepach nie było nic. Sklep muzyczny na kaliskim rynku miewał tylko nasze rodzime produkty. Przerażające wagą „Eltrony”, gitary których drewno pamiętało jeszcze liście i struny… do skrzypiec. Zaradność rodzimych grajków była bardzo pomocna. Mistrzem był Jasiu.
– Teraz on jest dla mnie Jasiu, wtedy pan Domagalski i jego perkusja – mówi Jerzy Bojszczak. – My, młodsze pokolenie, też dawaliśmy jakoś radę. Pierwszy wzmacniacz to radio Jowita, zamiast bezpiecznika – sprężynka od długopisu, stare struny – wygotować i naprzód. Na szczęście w rzemiośle coś drgnęło. Całe oszczędności i kaskę z osiemnastki zostawiłem w pewnym garażu w Gdańsku u Zenona Dziewulskiego. Było tego chyba ze sto tysięcy za gitarę i flanger’a. Przy okazji dowiedziałem się, gdzie jest wytwórnia strun Presto. Cóż to był za raj. W parterowym budynku przez okno można było popatrzeć pracownikom na ręce. Na obracający się jak w tokarce grubszy drucik pani nawijała cieńszy, mozolnie, cierpliwie zwój po zwoju. Na koniec szybszy posuw, kolorowa niteczka oznaczająca grubość, paluszek do kleju, cążkami ciach, kilka razy w koło dłoni i struna lądowała w kopercie. Asortyment oszałamiający, trzy grubości z linii Blues, jeszcze Rock, Folk … Trwałość? Rdza po tygodniu.
Granie klezmerki (nie w znaczeniu stylu a funkcji muzyki) zaczęło przynosić wymierne korzyści. Godziny prób, ślęczenie przy magnetofonie, by wyłapać i skopiować każdy dźwięk solówki Santany lub Shadowsów, aranżowanie utworów to była wspaniała szkoła. Twarda szkoła, bo zamiast komputera z edytorem dźwięku był magnetofon, w którym zwalniało się obroty. Zamiast tabulatur w internecie, na ścianie wisiały kartki z rozrysowanymi skalami. Oprócz wiedzy, chałtury dawały środki, których część można było przeznaczyć na sprzęt.
– W Tczewie od pana Dolińskiego kupiłem kopie Mesa Boogie – mówi nasz rozmówca. – Pojawiła się druga gitara, też od Majonesa, ale z logiem na eksport – Zak. Potem poszło lawinowo: kilka Defili (które oddałem jako wynagrodzenie lutnikowi) Jolana Tornado, Diamant, Iris japońskie wynalazki typu Teisco, Mensinger, Jarrell, Marwell i ozdoba kolekcji Harmony Stratotone z 1960 roku.
Sprzęt był ważny, ale nie najważniejszy.
– Muzyka to nie tylko sprzęt – przekonuje Jurek Bojszczak. – Opowiadać o niej się nie da, bo rozmawiać o muzyce to jak tańczyć o architekturze, ale warto przypomnieć kilka wydarzeń. Koncert, który zwalił mnie z nóg to koncert kaliskiej Rekonstrukcji na dziedzińcu baszty w ramach Dni Ziemi Ostrzeszowskiej. To była czołowa rockowa kapela, która wygrała w Jarocinie.
Oj! Poprzewracała w głowie. W Ostrzeszowie w sali ,,trociniaka’’ zagrali CDN, RSC, Turbo, Martyna Jakubowicz z Andrzejem Nowakiem… A potem – wyjazdy na Jarocin. Tam było wszystko, czego nie było w mediach. No i niepowtarzalny klimat, wszystkie subkultury, życzliwi mieszkańcy, pole namiotowe, prohibicja i dwie sceny, na których wszystko co się działo, było warte stania w błocie lub kurzu, uciekania przed pogującymi pancurami, kłopotami z aprowizacją, ścisku w pociągu. Wielu ludzi stało z kaseciakami nagrywając koncerty.
Ciężka to była droga do wiedzy, bo również po to by się czegoś nauczyć tam się jechało.
– Dziś jest jakoś prościej, koncerty zagranicznych gwiazd reklamowane są w mediach, YouTube, mp3, DVD. Kiedyś cudem dowiedziałem się o warsztatach Blues Rock Guitar Workshop w Bolesławcu – wspomina nasz bohater. – Na reklamowej ulotce sugerowano, by zabrać ze sobą magnetofon. Dziś każdego większego szlagieru można nauczyć się zaglądając do internetu. Wystarczy wpisać „jak zagrać…” i już. Łatwo i prosto, bez zbędnych kosztów, w kapciach, bez wychodzenia z domu można chłonąć podaną na tacy wiedzę. Nasza droga, choć usłana cierniami, była jednak bardziej romantyczna i epicka. Wydarta wiedza zaowocowała setkami koncertów, gdzie zawsze był grany autorski materiał. Kabaret, poezja śpiewana, blues, rock jakoś pomieścił się w głowie i w pełnej symbiozie wydaje owoce. Tak to u mnie było.
Wiesław Kaczmarek



Zostaw odpowiedź

Your email address will not be published. Required fields are marked as *

Pin It on Pinterest